
Na
żołnierskiej strażnicy, dnia krytycznego...
Po leżącej w Górach Izerskich strażnicy WOP o pięknej nazwie Orle pozostały budynki i wspomnienia. Te pierwsze służą dziś turystom, udostępnia je niezmordowany Staszek Kornafel, człowiek, który przed dziesięciu lat zakochał się w tym miejscu i tchnął ducha w opuszczony przez ludzi skrawek ziemi. Te drugie ożywił Czesław Badowski, dziś emerytowany podpułkownik Wojsk Ochrony Pogranicza, a przed czterdziestu laty dowódca Strażnicy WOP nad Kamionkiem i Izerą.

Imprezie
nadano charakter turystycznego „Pożegnania lata”. Tych, którzy bywają na imprezach
organizowanych w Górach Izerskich w schronisku na Orlu (obok Jakuszyc) nie
trzeba było zachęcać i namawiać. Anons w poprzednim wydaniu „PL” sprawił,
że pojawiło się także kilka osób z Lubania i okolic. Żegnający lato odbyli
więc wycieczkę rowerową, biesiadowali przy ognisku, rozkoszując się jego urokiem,
pobawiono się na koncercie zespołu muzycznego (pop, rock, blues) a przede
wszystkim posilono się odrobiną historii. Czesław Badowski okazał się barwnym
gawędziarzem. Z humorem opowiadał o żołnierskiej służbie na strażnicy Orle,
zapomnianej przez Boga i ludzi:
- Bo musicie Państwo wiedzieć, że gdy w październiku ostatnią wizytującą nas
osobą był ...kominiarz, który każdej jesieni sprawdzał przewody, tak do połowy
maja następnego roku mieliśmy tu spokój. Znikąd żywej, obcej duszy! Potem
na wiele miesięcy przyszedł śnieg, z uwagi na położenie i ścieranie się dwóch
mas powietrza nigdy go tu nie brakowało. Tylko w pierwszym roku popełniliśmy
błąd. Nasz wojskowy gazik, który nie zdążył opuścić Orla przed śniegami, przeczekał
tu bezużytecznie do wiosny. Następnej zimy odpowiednio wcześniej wyjechał
„na zimowisko” do Szklarskiej Poręby.
Tak
młody porucznik płacił „frycowe” za niewiedzę na izerskiej granicy. Czesław
Badowski prezentuje zdjęcia z tamtych lat. Rzeczywiście, śniegu tu bywało
po dachy. Żołnierze zagospodarowywali wolny czas treningami na biegówkach.
Dopiero w wiele lat później tereny te odkryte zostaną na potrzeby Biegi Piastów.
Choć słowo „odkryte” jest tu nadużyciem. Przed spotkaniem Czesław Badowski
zaprowadził mnie w miejsce, w którym - jak mówiono - Niemcy projektowali ośrodek
przygotowań olimpijskich w biegach narciarskich. Dziś już teren jest zarośnięty,
gdzieniegdzie widać regularne place-polanki.
- Tu były kiedyś słupki pod konstrukcje lekkich górskich domków – pokazuje
Badowski na jednej z polanek. – Prawdopodobnie wojna przeszkodziła w zrealizowaniu
pomysłu do końca.
W 1961 roku doszło do kryzysu kubańskiego. Wówczas na wszystkich polskich strażnicach zarządzono podwyższony stan gotowości i zwiększono obsadę załóg. Z rozkazami – nawet idiotycznymi – nikt nie dyskutował, należało je wykonywać i już. Od myślenia byli inni. I nieważne, że dwa budynki Orla dosłownie „pękały w szwach”. Jeszcze dziś, po latach, trudno zrozumieć, jak wtedy zakwaterowano w obu budynkach 120 osób. A jednak!
Badowski, tak jak wielu turystów odwiedzających dziś Orle jest
zachwycony pomysłem odbudowy mostku granicznego na pobliskiej Izerze. Stąd
tylko jeden krok do czeskiej wsi Jizerka.
- Choć trzeba przyznać, że przez dwa lata mojej służby ani razu nie byłem
po drugiej stronie! – mówi, czym zaskakuje wszystkich zebranych. - Takie były
czasy, taka była służba.
Choć wtedy betonowy mostek stał w najlepsze, zaś na zdjęciach widać, że wopiści
mogli zażywać kąpieli w górskiej, granicznej rzece. Ale ...bez możliwości
wychodzenia na drugi brzeg.
Dużo wesołości wśród zebranych sprawiło opowiadanie pułkownika
o dwóch świnkach hodowanych przez strażnicę na żołnierskich resztkach. Nieszczęśliwy
wypadek spowodował, że jedna z nich wpadła do gnojowicy, druga przesunęła
pokrywę tak, że nikt z żołnierzy nic nie zauważył. Nieszczęsna świnia utopiła
się, zaś na strażnicy przeprowadzono dochodzenie. Przybyła speckomisja z WSW
i ostro wzięła się do pracy:
- Powiedzcie, poruczniku – ostro zaczął wojskowy prokurator – co robiliście
dnia krytycznego?
I nikomu wówczas nie było do śmiechu. Po długich przesłuchaniach sprawę umorzono.
-
Mieliście tu jakieś rozrywki? – spytał ktoś z sali.
- Tak, raz na miesiąc żołnierze, jak sobie zasłużyli i mieli wolne, mogli
udać się do kina w Szklarskiej Porębie. Trzeba jeszcze było mieć szczęście,
bo chętnych do wyjścia nie brakowało a przecież strażnica musiała funkcjonować.
Choć zwykły śmiertelnik na Orle nie mógł się dostać. Gdyby nawet, i tak niczego by nie zobaczył. Oba budynki strażnicy oddzielał od „reszty świata” wysoki płot z desek, zaś bezpośrednio przed dojściem do budynków stała budka wartownicza. Warta tu była całodobowa.
Nikt z żołnierzy nie miał pojęcia, że przed laty nieźle prosperowała tu huta szkła Karlsthal, z której resztki, wcale niemałe, po wytopie szkła odnajdywali w nad potokiem Kamionek. Wopistom ta wiedza nie była wcale potrzebna, tak jak i to, że okoliczne ścieżki zdeptał sam Gerhart Hauptmann, pisarz niemiecki i laureat Nagrody Nobla, który życie izerskich hutników szkła wprowadził do światowej literatury.
Czesław Badowski, wychował się w górach pod Nowym Sączem. Tu,
między Szklarską Porębą a Świeradowem, choć góry nieco inne, miał namiastkę
rodzinnych stron. Na izerskich pustkowiach mógł obcować z przyrodą, podziwiać
jej zmienne, kapryśne klimaty, budować budki dla szpaków, obserwować zwierzęta
choć musiał ludzi na granicy. Coś mu z tego zostało, bo gdy przybył tu po
czterdziestu latach, pierwsze kroki skierował do osiki, stojącej przed budynkami
strażnicy.
- Muszę przywitać się z moim drzewem – oznajmił.
Wiedziałem, że w takiej chwili chciał pozostać sam. Nic nie wpływa na człowieka
tak uspokajająco, jak izerska cisza tego uroczego miejsca. Po spotkaniu przekazał
wiele swoich pamiątek Staszkowi Kornafelowi, gospodarzowi Orla. Starą mapę,
jeszcze przed regulacją granicy, gdy letniskowa osada Zieleniec była polska,
żelazne okulary narciarskie, liczne zdjęcia.
- Niech wrócą tu i służą wszystkim i świadczą o tych terenach. To też kawałek
historii.
Gospodarz Orla obiecał, że wyodrębni część schroniska na mini-muzeum, ekspozycję
Towarzystwa Izerskiego. Jest na to szansa, bo niedawno nadleśnictwo oddało
mu od lat zamknięte na cztery spusty pomieszczenie dzierżawionego budynku.
Jest ono w stanie takim, że ręce opadają. Ale nie wszystkim, bo tu, w Górach
Izerskich trzeba mieć charakter. I liczyć wyłącznie na siebie.
Przegląd Lubański
październik 2002
Janusz Skowroński
(zdjęcia autora i ze zbioru Czesława Badowskiego)